W siedzibie klubu GKS Andrzejewo ostatnio nie mówi
się o taktyce, transferach ani nawet o sędziach. Tematem numer jeden stały się…
dziki. Tak, te same, które zwykle kojarzą się z lasem, a nie z boiskiem
piłkarskim, postanowiły przeprowadzić nocny „remont” murawy. Efekt? Boisko
wygląda, jakby ktoś jednocześnie ćwiczył zapasy na błocie i przygotowywał pole
pod wiosenne zasiewy.
Według świadków (czyli pana kierownika Zbyszka z pobliskiej posesji i psa Azora)
dziki wpadły na murawę z impetem godnym napastnika w doliczonym czasie gry.
Ryły, kopały i testowały nawierzchnię tak dokładnie, że niejedna firma budowlana
mogłaby się od nich uczyć zaangażowania. Zawodnicy, widząc boisko następnego
dnia, przecierali oczy ze zdumienia – zniknęły koleiny, do których byli
przyzwyczajeni, a pojawiły się… nowe.
Jak twierdzą niektórzy piłkarze i kibice, murawa po „interwencji dzików” wcale
nie jest w gorszym stanie niż wcześniej. Mało tego – pojawiły się głosy, że
została wręcz poprawiona. Tam, gdzie wcześniej piłka potrafiła skręcić pod kątem
prostym bez udziału wiatru, teraz odbija się w sposób bardziej przewidywalny.
Dziki, nieświadomie, wykonały aerację, wertykulację i częściową rekultywację –
wszystko w pakiecie i bez faktury VAT.
Jest jednak i druga strona medalu. Choć wielu żartuje, że dziki zrobiły więcej
dobrego niż zła, to ich nocna wizyta wywołała niemałe zamieszanie. Treningi
trzeba było chwilowo odwołać, a działacze klubu zaczęli gorączkowo liczyć
łopaty, grabie i worki z piaskiem. Bo nawet jeśli murawa „zyskała charakter”, to
do ideału wciąż jej daleko, a gra na niej przypomina momentami test umiejętności
cyrkowych.
Mimo wszystko Andrzejewie nikt nie traci poczucia humoru. Kibice żartują, że
skoro piłkarze potrafią grać na takim boisku, to niestraszne im już żadne
wyjazdy. A dziki? Cóż – oficjalnie dostały zakaz stadionowy, choć po cichu mówi
się, że jeśli murawa znów zacznie straszyć formą, ktoś może przypadkiem
zapomnieć zamknąć furtkę od lasu.